SPIN

Dziennikarstwo od kuchni

Beata Głozak środa, 11 sierpnia 2010, 22:31 Komentarze
Jestem gotów zostać siedleckim dziennikarzem kulinarnym. Jak Bikontowie czy Makłowicze, co łażą po lokalach, oceniają żarcie i, nie dość że nie muszą za nie płacić, to jeszcze zarabiają pisaniem o tym, iż coś im nie smakowało. Czy się znam? A kto się nie zna na żarciu?

Jestem gotów zostać siedleckim dziennikarzem kulinarnym. Jak Bikontowie czy Makłowicze, co łażą po lokalach, oceniają żarcie i, nie dość że nie muszą za nie płacić, to jeszcze zarabiają pisaniem o tym, iż coś im nie smakowało. Czy się znam? A kto się nie zna na żarciu?

Co w Siedlcach szumi (odc. 12)

Przy optymistycznych rachubach, w Siedlcach pracuje około trzydziestki dziennikarzy. Średnio daje to 1 lokalnego żurnalistę na 2 w porywach do 3 tysięcy mieszkańców miasta. Nic więc dziwnego, że taki osobnik (względnie osobniczka) jest skazany(a) na tworzenie materiałów na tematy, o których nie ma zupełnie pojęcia.

Prawie każdy z nich zaliczył więc w swojej karierze opowieść o inseminatorze, czyli specjaliście od zapładniania (krów, bo siedleckie to region rolniczy), relację z obrad Rady Miasta (jak to dobrze, że uchwały mają długie tytuły – wystarczy je podać, by mieć z głowy pół tekstu) czy zapowiedź spotkania z artystą, którego twórczość jest równie metafizyczna, co niezrozumiała. Jak trawią efekty takich zmagań odbiorcy, już trudniej powiedzieć. Doświadczenie podpowiada mi jednak, że nie można wykluczyć przypadków niestrawności. A te niestety odbijają się czkawką samemu autorowi.
Dlatego ideałem jest sytuacja, w której dziennikarz lokalny stanie się dziennikarzem wyspecjalizowanym. Owszem, może się znać na omawianym temacie, ale to nie jest obowiązkowe. Najważniejsze, że wstrzeli się w niszę, w której konkurencja nie istnieje albo prawie nie istnieje. Kiedy mu się to uda, wygrywa podwójnie. Po pierwsze, nikt nie wtrąca się w jego twórczość, bo przecież to on jest jedynym ekspertem w okolicy, jeśli chodzi o dane zagadnienie. Po drugie, obrawszy sobie specjalizację, nie musi pisać o inseminacjach, interpelacjach i inwokacjach. A więc i powodów do czkania ma zdecydowanie mniej. Zwłaszcza jeśli statystyczny czytelnik również nie kuma działki, którą zajmuje się dziennikarz.
Nie może to być jednak specjalizacja zbyt specjalistyczna. Jeśli pisałeś doktorat o motywie stołu w literaturze wieków średnich, zatrudnij się raczej w zakładzie stolarskim niż na stanowisku eksperta w prasie lokalnej. Ten powinien znaleźć temat, w którym dzieje się dużo, często, a przede wszystkim blisko. Tak jak zrobiło kilku siedleckich fachowców od sportu. Tylko oni bowiem posiedli na przykład elitarną, dostępną poza tym jedynie żonom zawodników, wiedzę na temat tego, co w odniesieniu do Klasy Okręgowej oznacza wyrażenie „akcja sam na sam w wykonaniu piłkarzy”.
Niestety jednak praca wyspecjalizowanego dziennikarza mediów lokalnych nie zawsze jest usłana różami. Weźmy komórkę medialną, która zajmuje się przybliżaniem wiernym nauczania siedleckiej kurii. Praca odpowiedzialna, ale im bardziej się im przybliża, tym bardziej oni się oddalają. Chociaż może to jednak wina wiernych?
Tak czy siak, ja jestem gotów podjąć ryzyko zostania ekspertem. Mam już nawet pomysł na swoją niszę, znaczy się działkę. Siedlecki dziennikarz kulinarny. Na świecie się to sprawdza. Są Bikontowie czy Makłowicze, co łażą po lokalach, oceniają żarcie i, nie dość że nie muszą za nie płacić, to jeszcze zarabiają pisaniem o tym, iż coś im nie smakowało. Czy się znam? A kto się nie zna na żarciu? Pójść do przybytku gastronomicznego umiem, zamówić też, ze zjedzeniem rzadko miewam problemy, więc i artykuł stworzę. O unasienianiu się pisało, o radnych i sztuce awangardowej, to i o kotlecie się napisze.
Służę też oryginalnymi pomysłami. Na przykład żeby oceniać knajpy, przyznając im określoną liczbę gwiazdek, jak – nie przymierzając – koniakom. Tylko dla lokali z kebabem proponowałbym mały wyjątek, a mianowicie gwiazdki z półksiężycem. W końcu nie ma co podpadać Turkom.
Ale zacząłbym od tych siedleckich przybytków smaku, które zostały uruchomione niedawno. Pierwszy serwuje kuchnię z kraju, gdzie powstają tanie samochody marki Tata. Może jednak tylko pojazdy są w Indiach niedrogie? Pewnie nieprędko się dowiem, choćby dlatego, że nie trawię zupełnie, w odróżnieniu od jagnięciny w sosie curry, tamtejszej muzyki. Brzmi jak jodłowanie puszczone z poważnie uszkodzonej taśmy, a na dodatek w indyjskich filmach śpiewa i tańczy wszystko, a normalny Polak ma takie uczucie tylko po zatruciu alkoholem.
Lokal drugi serwuje japońskie sushi. Nazwa adekwatna, bo po wizycie w nim poważnie suszy, zwłaszcza jeśli zjadło się zielone kulki podawane obok ryżowo-rybno-warzywnych zakrętasów. W menu baru znalazłem jednak znaczące nieścisłości. Co druga ujęta tam potrawa ma w nazwie maki, ale samych czerwonych kwiatów na talerzach – przepraszam: tacach – nie uświadczyłem. Nie było też nawet kompotu.
A ja tak, Droga Redakcjo, mogę dłużej, w końcu trochę gastronomii w Siedlcach jest. To jak, nadaję się?

Bartek Szumowski

Powiadom o wpisie

4 komentarze

  1. Kami dodano 8 lat temu

    Barti, poprawiłeś mi humor. Bikontów jest bodajże dwóch, ale Makłowicz… niestety albo i stety the one and only. ;))) Mała wpadka, ale "makami" to pojechałeś po całości… ;))) Hahahaha

  2. voila dodano 8 lat temu

    Jestem za 🙂

  3. zachwycona lenka dodano 8 lat temu

    Tak Redakcjo, ja też proszę…

  4. edyta dodano 8 lat temu

    O przepraszam, ja o inseminatorze nie pisałam 😉
    przynajmniej na razie
    co do reszty to się zgadza
    😉
    pozdrowienia znad morza

Dodaj komentarz

Zamieszczając komentarz akceptujesz regulamin dodawania komentarzy.