SPIN

GŁOZAK: Idzie nowe… niekoniecznie lepsze

redakcja sobota, 14 maja 2011, 21:17 Komentarze, Wydarzenia

Beata Głozak: I żeby to wszystko jakoś podsumować. Bo kurcze, ja generalnie wyznaję zasadę, że trzeba myśleć co się mówi a nie mówić co się myśli a już na pewno jak jest się osobą publiczną. I to bez różnicy czy w Siedlcach czy w stolicy.

Beata Głozak: I żeby to wszystko jakoś podsumować. Bo kurcze, ja generalnie wyznaję zasadę, że trzeba myśleć co się mówi a nie mówić co się myśli a już na pewno jak jest się osobą publiczną. I to bez różnicy czy w Siedlcach czy w stolicy.

Napiszę wprost: o co chodzi z tą autoryzacją?? Że teraz 4 minuty materiału i autoryzacja… I to nie wywiad/rozmowa, no zwykłe wypowiedzi do tekstu ciągłego…

Tak też było przedwczoraj. Po rozmowie, uściśnięciu ręki, kiedy już pożegnałam się z tym owalnym dyrektorskim gabinetem, chyba cukiernicą, brązowym krzesłem, nawet z sekretariatem… słyszę za swoimi plecami: „To pani redaktor, kiedy mam spodziewać się tekstu do autoryzacji na SPIN?”(nie dam sobie głowy uciąć, ale dyrektor chyba chciał także autoryzacji nagrania do radia). No i mnie trafiło. A co mnie trafiło? Kilka rzeczy.

1. Sam zwrot „tekst do autoryzacji”. Jaki tekst? Ten co go napiszę? A nigdy w życiu go nie oddam. Nie ma nakazu, przykazu i sugestii nawet, że powinnam dawać do autoryzacji cały tekst. Ja w ogóle twierdzę, że ten co daje i zabiera (no bo naturalne, że odebrać go musi) to się w piekle poniewiera. No i przede wszystkim siedzi zbyt blisko tego, o którym w tekście. Rozmówca może zażądać autoryzacji dosłownie cytowanych wypowiedzi. No a ja? Fakt. Zabronić mu tego nie mogę. Tutaj mam jednak nadzieję, że dyrektorowi chodziło o wypowiedzi…

2. Przecież każde słowo, które przedwczoraj padło do materiału nagrałam na dyktafon (takie tam urządzenie)… To na zdrowy rozsądek po co ta autoryzacja? Przecież jak włożę dyrektorowi w usta słowa, które nie padły to są na takie kwiatki rozwiązania prawne. Nie mówię tu o błędnych informacjach, które nie są celowe i za które się przeprasza, poprawia a głowę posypuje popiołem. Zdarzają się każdemu i za każde jest tak samo głupio.

3. Autoryzacja dotyczy tylko dosłownie cytowanej wypowiedzi. Zatem rozmówca powinien obawiać się tego co jest napisane poza nią… I teraz albo dyrektorze rozmawiał pan z osobą o wybujałej wyobraźni albo z dziennikarzem. A do mnie pan powiedział wyraźnie „pani redaktor”.

No i to mnie tak trafiło, że jak kilka godzin później usłyszałam od rzecznika miasta pytanie o pytania jakie chcę zadać prezydentowi (że napisałam w mailu zbyt ogólnie tematy choć do tej pory tak ogólnie wystarczyło) to nie wytrzymałam. I jeszcze wysyłać pytania do rozmowy, która ma się odbyć w przyszłym tygodniu? Szczyt szczytów po prostu! To po co ja w ogóle mam iść do prezydenta? Jaką ja mam pewność, że prezydent jest zorientowany w sprawach miasta skoro nawet tego nie dane mi będzie sprawdzić. I tak sobie pomyślałam, że prezydent się zmienia… Dyrektor chce 5 zdań autoryzacji to i prezydent może, a że prezydent jest prezydentem to może przed rozmową. Tak się zdenerwowałam, że piątkową dyskusję z rzecznikiem prowadziłam mailami. Na szczęście konsensus osiągnięty. I to na szczęście ja nie zrozumiałam…

Oboje doszliśmy do wniosku, że przesyłanie prezydentowi pytań do rozmowy na przyszły tydzień nie będzie nigdy miało miejsca. A rzecznik by też nawet nie śmiał i w ogóle mu to do głowy nie przyszło. Wyjaśnił mi, że po prostu napisałam zbyt ogólnie, tzn. zakres tematów jest zbyt ogólny a prezydent chce konkretów. To znaczy temat „zwiększenie ilości punktów sprzedaży alkoholu” miał zbyt ogólny zakres. Tego zrozumieć nie mogłam, ale na szczęście nie musiałam przesyłać pytań. Rzecznik by też absolutnie nie śmiał tak ingerować w wolność mediów, więc dopytał tylko (no akurat tego nie nagrałam na dyktafon): czyli, że zapyta pani na przykład pana prezydenta jakie jest zdanie pana prezydenta na temat zwiększenia ilości punktów sprzedaży alkoholu?… – No też – powiedziałam, potem to do mnie dotarło a potem dreszcz przeszedł mi po plecach… Mówię Wam drodzy koledzy… idzie nowe.

I żeby to wszystko jakoś podsumować. Bo kurcze, ja generalnie wyznaję zasadę, że trzeba myśleć co się mówi a nie mówić co się myśli a już na pewno jak jest się osobą publiczną.  
I to bez różnicy
czy w Siedlcach
czy w stolicy.

Powiadom o wpisie

4 komentarze

  1. brawo Pani Beato dodano 7 lat temu

    W końcu jakieś niezależne medium w Siedlcach. Moim zdaniem (…) tak że niedługo wazeliny może im zabraknąć.

  2. Beata Głozak dodano 7 lat temu

    Dziękuję bardzo za ten miły komentarz, ale niestety nie mogłyśmy zaakceptować go w całości. 😀
    Pozdrawiam.
    BG

  3. Dziwny nieprofesjonalizm... dodano 6 lat temu

    Droga Pani, nie rozumiem co Panią dziwi do tego stopnia, że napisała Pani na ten temat tak duży, płaczliwy felieton? Interesem dziennikarza jest umożliwienie swojemu rozmówcy dobrego przygotowania się do planowanego wywiadu. Myślę, że prezydent (mający na głowie niejedno) wolałby znać dlatego Pani pytania.
    Rzeczywiście prawo prasowe wymaga autoryzacji tylko cytowanych wypowiedzi. Jeżeli z kimś rozmawiamy po to, aby opublikować potem jego słowa, to dobre wychowanie wymaga abyśmy przed publikacją pokazali mu cytowane wypowiedzi, a on je zaakceptował, bądź nie.
    Cytowane przez Panią przypadki nie są żadnym łamaniem wolności prasy, lecz troską tych osób o ich własny wizerunek, co powinno być zrozumiałe.
    Pani bardzo przesadza i denerwuje się nadmiernie. Chyba niedawno pracuje Pani w zawodzie i nie ma doświadczenia, skoro skarży się na tak błahe rzeczy publicznie(!) Mniej arogancji i buty, a więcej profesjonalizmu. Chyba za wcześnie na gwiazdorstwo?
    Pozdrawiam i życzę spokoju ducha oraz trzymania nerwów na wodzy.
    Janusz Kowal

  4. marcin dodano 6 lat temu

    no niestety to są Siedlce, wzajemne poklepywanie się po plecach i robienie sobie nawzajem dobrze
    Na szczęście jest ktoś kto nie wchodzi w te układy. Wieć to chyba dobrze że od niedawna pracuje Pani w zawodzie. I rzyczę Pani, żeby przez dłyuuuugie lata zachowała Pani tę "świerzość" i nie dała się tym śmierdzącym zasadom.

    BRAWO PANI BEATO

    Interesem dziennikarza nie jest udostępnienie pytań rozmówcy, żeby jego doradcy mogli wymyśleć najlepsze (czytaj: takie, które chce usłyszeć społeczeństwo) odpowiedzi. Dziennikarz powinien sprawdzić czy prezydent zna problem i czy sam może coś w tym temacie powiedzieć. Niech prezydent i inni urzędnicy dbają o swój wizerunek odpowiedzialnym sprawowaniem swoich funkcji i mądrymi decyzjami, a nie nakładając kaganiec prasie.

Dodaj komentarz

Zamieszczając komentarz akceptujesz regulamin dodawania komentarzy.