SPIN

GOC: Ale najważniejsze, że nadal mi się chce…

Beata Głozak środa, 14 listopada 2012, 22:17 Siedlce, Wydarzenia
Tadeusz Goc. Fot. AB

Tadeusz Goc. Fot. AB

Tadeusz Goc to prawdopodobnie najbardziej znany animator kultury w Siedlcach. Od 35 lat jest niezmiennie kierownikiem Uczelnianego Ośrodka Kultury. W rozmowie z nami wspomina początki swojej działalności i … cenzurę.

35 lat w tym samym ośrodku. Jak to się zaczęło?  
Studiowałem w Siedlcach filologię polską. Tutaj poznałem, także studiującego, Andrzeja Meżeryckiego. Po studiach miałem być asystentem na filologii, ale akurat wtedy rozwiązali wydział humanistyczny. To był czas reorganizacji uczelni, powstała wtedy Wyższa Szkoła Rolniczo-Pedagogiczna i filologia polska została zlikwidowana. Wtedy też ówczesny prorektor zaproponował mi, abym poprowadził działalność kulturalną. Wspólnie z Andrzejem postanowiliśmy założyć ośrodek kulturalny, który skupiłby wszystkie działania w jedno.

Chyba nie było łatwo w tamtych czasach organizować imprezy?
No strach. Mieliśmy dużo problemów, bo całe miasto szło do nas. Ale też jednocześnie od miasta dostaliśmy pieniądze z wydziału kultury.

Była cenzura?
Tak. I muszę powiedzieć, że mieliśmy na początku lat 80-tych spore problemy z pewną panią cenzor.  Musieliśmy się z nią ciągle szarpać, bo wiecznie jej coś nie pasowało. Żeby wydrukować jakąkolwiek ulotkę to ta musiała mieć z tyłu pieczątkę cenzury. Gdybyśmy to robili bez pieczątek to traktowano by to jako działalności podziemną. Ale jakoś sobie radziliśmy, nie bez problemów, ale czasem się udawało na scenie podczas występów na żywo coś przemycić.

Studenci byli kiedyś bardziej wyzwoleni?
Był bunt, aktywność, chęć działania. Każdy ze studentów chciał coś robić, może dlatego, że dużo rzeczy było zakazanych. Teraz niby też chcą, ale jest to już zdecydowanie mniejsza grupa. Teraz dużo studentów pracuje, nie mają czasu, nie mają chęci. Jackonalia to była jedna wielka impreza. Teraz jakoś indywidualnie, przyjdą na koncert chowają się po kątach. Oczekiwania też były inne, kiedyś chcieli oglądać coś z przekazem, coś głębszego. Dzisiaj jest nastawienie na komercję, chcą oglądać gwiazdy, nie zadowala już tak bardzo coś niezależnego, chcą oglądać to co widzą w telewizji.

Jak wyglądało wymyślanie programów?
Mieliśmy z Andrzejem takie swoje pomieszczenia, tutaj w PeHa oraz w akademiku. Andrzej wszystkie programy robił ręcznie i robił je po nocach, a ja rano do niego podjeżdżałem, brałem najpierw do cenzora, apotem do drukarni. I tak się uzupełnialiśmy, bo Andrzej robił tą część artystyczną ja organizacją. Niestety przyszedł kryzys, uczelnia przestała nas finansować, bo nie było pieniędzy na działalność kulturalną. Andrzejowi wojewoda zaproponował przejście do CKiS na stanowisko dyrektora. Zastanawiał się długo, ale tam były pieniądze na kulturę. Po jego odejściu zabrakło mi jednego skrzydła.

Trudno było ściągnąć do Siedlec artystów?
Raczej nie, a ja też miałem to do siebie, że dzwoniłem i dzwoniłem aż do skutku i nie odpuszczałem. Pamiętam, że zaprosiliśmy kiedyś Zbigniewa Zapasiewicza. Wszystko było już uzgodnione, ja rano dzwonię potwierdzić, a on tak jakby zapomniał. Ja mówię, że przecież ludzie przyjdą. On, że nie ma czym przyjechać. Więc załatwiłem nawet samochód, który go przywiózł i potem zawiózł do domu. W ogóle przez te lata, że tak powiem przewinęło się przez nasz ośrodek wiele wspaniałych artystów jak chociażby: Tadeusz Drozda, Jan Pietrzak, Kazik, Maanam, Bajm, Maryla Rodowicz, Magda Umer, Andrzej Rosiewicz, Czerwony Tulipan czy Farben Lehre. Rekordzistą u nas jest zespół Stare Dobre Małżeństwo, który występował co roku i co ciekawe co roku na ich koncertach był komplet publiki. Z takich ciekawostek, bo pewnie mało kto pamięta, że występował u nas Piotr Rogucki kiedy jeszcze nie było Comy. Kiedyś w jakimś wywiadzie wspominał, że to właśnie u nas w ośrodku  rozpoczynała się jego kariera.

I wszystko dokumentowaliście w kronice.
Tak. Wszystko dokumentowaliśmy i robiliśmy takie fotogazetki. W nich nawet były zapisy, że ktoś się źle zachował, bo raz były szyby zbite, więc umieściliśmy w gazetce, że dziękujemy tym, którzy się dobrze bawili i przepraszamy za tych, co nie umieli. Trzymam także wszystkie pozwolenia, nawet programy kulturalne np. z 1977 roku. To są pamiątki, nie umiałbym się tego pozbyć. Tylko miejsca mam coraz mniej, aby to wszystko trzymać (śmiech)

Jak powstała Piwnica?
To był pomysł mój i Tomasza Hapunowicza. W tamtych latach bardzo często robiłem wycieczki do Krakowa na Piwnicę pod Baranami. Tam zawsze była świetna atmosfera. Zawsze witali grupę z Siedlec, nawet podczas jednego z wyjazdów wystąpił Eugeniusz Kasjanowicz. wtedy pomyśleliśmy, że to taka fajna impreza, że można by zrobić ją u nas, taką naszą. I tak powstała Siedlecka Piwnica.

Która dla Pana chyba jest bardzo bliska sercu?
Tak (śmiech). Na niej po raz pierwszy wystąpiłem publicznie. Wykonałem wtedy utwór „Dance Me to the End Of Love” Leonarda Cohena. Trema była, ale też ogromna radość. Potem zacząłem opracowywać piosenki, bo na każdą Piwnicę trzeba było coś nowego zaprezentować. I teraz mam już repertuaru na 3 godziny grania.

Wiele osób, które dzisiaj są w Siedlcach znane zaczynało w Pana ośrodku.
Oczywiście. Zacznę od Andrzeja Meżeryckiego, bo z nim to budowaliśmy. Z innych znanych nazwisk to Iwona Orzełowska, Sławomir Kordaczuk, Eugeniusz Kasjanowicz, Tomasz Hapunowicz, Mariusz Woszczyński, Grzegorz Orzełowski czy Iwona Kobylińska. Nie można pominąć Teatru ES, który tutaj powstał i występował na początku. Tyle wspaniałych osób, że w którymś roku zdobyliśmy trzecie miejsce w konkursie na najlepszy klub studencki.

Muszę o to zapytać, bo zawsze się nad tym zastanawiałam. Skąd nazwy PeHa i Limes?
Nazwa PeHa powstała, bo tam działali chemicy. Oni wymyślili nazwę, z którą wszyscy mają problem jak pisać. Limes? Bo w tym akademiku mieszkali matematycy i oni przeważali tutaj w grupie studentów działających. Wtedy była to taka świetlica, były stoliki, telewizor, robiliśmy koncerty. I to oni wpadli na pomysł by tak ten nasz klub nazwać.

Czuje Pan upływający czas? Zaczynał Pan z ludźmi w swoim wieku. Dzisiaj działa Pan obok ludzi, którzy mogliby być Pana dziećmi?
Chyba nie czuję tego jakoś mocno. Tak szybko to przeleciało, że nawet nie wiem kiedy te 35 lat minęło. Może  dlatego, że ja cały czas pracuję ze studentami i jestem w środku tego wszystkiego to nie czuję tego zmieniającego się czasu i przez to a może dzięki temu nie czuję tej różnicy wieku. Może tylko w tym, że potrzebuję więcej snu niż kiedyś (śmiech). Już nie jest tak łatwo kłaść się o 3 czy 4 nad ranem i wstawać o godzinie 8. Ale najważniejsze, że nadal mam chęć i motywację do wstawania. Nadal mi się chce to robić.

Powiadom o wpisie

Komentarze (1)

  1. Jola R. dodano 3 lata temu

    Witaj, Tadziu, ale Zapasiewicza to ja zaprosiłam do Limesu i razem z Ewą Wrzos zawieźliśmy go i odwieźliśmy do Warszawy. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Zamieszczając komentarz akceptujesz regulamin dodawania komentarzy.