SPIN

Skarus: Nie przejadłem się w Mongolii, ale było warto

Aneta Borkowska czwartek, 23 maja 2013, 09:12 Kultura, Wydarzenia

Najpierw marzy o danym kraju, potem planuje i wreszcie tam jedzie. Nie ma przeszkody, której nie pokona, by zwiedzić wymarzone miejsce, nawet jeśli musi czekać kilka lat. Jak już się w to miejsce dostanie je wszystko to co tubylcy i żyje jak tubylcy. Ubiegły rok był dla Bogusława Skarusa tym, w którym spełnił swoje marzenia z dzieciństwa.  Z każdego miejsca przywozi setki zdjęć oraz wspomnień, którymi chętnie dzieli się ze wszystkimi. W rozmowie z nami mówi o 9 dniach w kolei transsyberyjskiej, zapachu herbaty i przygodach na pustyni i kuchni.   

Ostatnią wystawę nazwał Pan „Przestrzeń i zapach” czy te dwa słowa podsumowują ubiegły rok podróży?   
Bogusław Skarus: Dokładnie tak. Te słowa kojarzą mi się z krajami jakie odwiedziłem. Ciężko opisać te wszystkie widoki, przygody, doznania, bo jak wyjeżdża się do egzotycznego dla nas kraju to wszystko fascynuje i tych bodźców jest aż nadmiar. Ale wracając pamięcią do moich wypraw właśnie te słowa przyszły mi na myśl od razu.

To może zacznijmy od tego zapachu. Który to kraj?
BS.: Zapach to zapach Sri Lanki. Ten kraj po prostu pachnie. Przede wszystkim herbatą, bo tam są słynne plantacje Liptona. Rosną tam także lasy cynamonowe, które pachną na kilometr. I owoce,  one tam pachną zupełnie inaczej.   Długo Pan planował wyjazd?   Nie, po prostu trafił się tani bilet do Colombo, więc postanowiłem spróbować. Poleciałem i przez miesiąc zwiedzałem wyspę. Mówi się, że to kraj ludzi uśmiechniętych, ale niestety od ostatniego tsunami, które spustoszyło Sri Lankę jest wręcz przeciwnie.

Co Pan robił na wyspie przez miesiąc?  
BS: Kraj ten ludzie wybierają raczej na typowe leniuchowanie. Więc jeśli ktoś planuje w miarę tani i leniwy urlop z ciepłą wodą, opalaniem oraz jedzeniem owoców morza to jest to kraj idealny. Ja lubię się zmęczyć. Udało mi się zdobyć rower, więc prawie całą wyspę nim objechałem.

Zapach za nami. Zostaje nam przestrzeń, czyli Mongolia. To podczas tej podróży spełniło się Pana marzenie z dzieciństwa?    
BS: Dokładnie. Jako dziecko marzyłem o podróży koleją  transsyberyjską. Nie była to wyprawa łatwa, bo przygotowywałem się do niej półtora roku, ale było warto. W pociągu spędziłem łącznie 9 dni. Ogólnie całą trasę tą koleją przejeżdża się w 6,5. Ja przy okazji zwiedziłem Irkuck.

Jak wytrzymać tyle dni w przedziale?
BS: Mówiąc szczerze to były męki. Jedzie się w wagonie, gdzie jest jeden otwierający się lufcik i jedna toaleta. Na całej trasie jest 80 przystanków. W ogóle to z tym wiąże się taka tradycja, że jak ktoś nowy wsiada do przedziału – wyjmuje wódkę i zaczyna opowiadać swoje życie, a potem każdy jemu opowiada o sobie. Sporo się dowiedziałem, ale też dużo opowiadałem, bo po stronie Azji niewiele o nas wiedzą. Teraz to wszystko się pięknie opowiada, ludzie zazdroszczą jak słuchają, ale taka podróż jest naprawdę dużym wysiłkiem.

W jakim języku Pan rozmawiał?
BS: W pociągu po rosyjsku. Dawno nie mówiłem w tym języku, ale po toastach sam się zaskoczyłem tym ile pamiętam. Dużo osób znało polski. W Mongolii było gorzej. Zamówiłem samochód z kierowcą, ale zaznaczyłem, by mówił po rosyjsku. Na miejscu okazało się, że nie dość, że po rosyjsku nie mówi to jeszcze prawie wcale nie mówi. Ale na migi zawsze się da dogadać. Pisaliśmy godziny na kartkach, miejsca zaznaczaliśmy na mapie i się udało wszystko zwiedzić.

Podróżowanie po Mongolii chyba nie należy do najłatwiejszych?   
BS: Nawet bardzo trudną bym powiedział. Tam nie ma dróg i czasem, by pojechać do przodu 10 km trzeba robić 40 km okrążeń, bo są rzeki czy góry. Nasz samochód też nie był najlepszej jakości i czasem na środku pustyni były naprawy.

Ale zazwyczaj po powrocie pamięta się tylko te przyjemne momenty. Co Pana tam zauroczyło?
BS: Właśnie te olbrzymie przestrzenie, piękne krajobrazy i gościnność. Mogłem obserwować  zwyczaje i tradycje tubylców, które są czasem dla nas niezrozumiałe.

Na przykład?
BS: Pochówki zmarłych, które dla Europejczyka będą szokujące. Kiedy tam ktoś umiera jego ciało smaruje się krwią, aby bardzo intensywnie pachniało. Potem rodzina wywozi ciało na step i tam zostawia. Po dwóch dniach wraca i jeśli zmarły jest zjedzony przez zwierzęta to znaczy, że to był dobry człowiek.

A kuchnia? Bo takie inne dania chyba najbardziej ciekawią.   
BS: Akurat nie mogę powiedzieć, że to co jadłem było smaczne. Ich kuchnia składa się w sumie z  dań mlecznych i mięsnych. Mleczne to głównie kumys, czyli sfermentowane kobyle mleko oraz, ja to nazywałem chipsy, suszony kożuch z mleka. Zresztą tam wszystko jest suszone, sery, kefiry. Niestety przez brak przypraw, owoców, warzyw to wszystko jest bez smaku. Tak samo z mięsem, które zazwyczaj jest niedogotowane, bo nie ma tam drewna i jako opału używa się zwierzęcych odchodów, które nie wytworzą takiej temperatury aby woda wrzała.

Czyli nie przejadł się Pan w podróży?   
BS: No nie (śmiech). Ale było warto, nie da się tego opowiedzieć i opisać. To wszystko samemu trzeba przeżyć.

zdjęcia: archiwum Bogusława Skarusa

Powiadom o wpisie

5 komentarzy

  1. zaciekawiony dodano 4 lata temu

    Czy Pan Skarus publikuje swoje zdjęcia w internecie?Czy wogóle można gdzieś te zdjęcia obejrzeć?

    • Aneta Borkowska dodano 4 lata temu

      Publikuje na swoim profilu na portalu facebook.

  2. Anka dodano 4 lata temu

    Uwielbiam Pana zdjęcia. W ogóle bardzo fajnie się to czyta i fajnie na pewno byloby Pana posłuchać. Nie byłam nigdy w takich krajach i chętnie bym poczytała taka wspomnienia wraz z załączonymi zdjęciami.
    Mam nadzieję, ze kolejne wyprawy też się uda zorganizować.

    • obrządki dodano 4 lata temu

      http://etraveler.pl/swiat-mongolskich-wierzen,artykul.html?material_id=4e2946c4b564daa43a010000&ciastko=1
      "Obrządki cmentarne

      Obrządki związane ze śmiercią są istotnym elementem w każdej religii. Przedstawiają wyobrażenia świata pozagrobowego oraz stosunek danej społeczności do zmarłych. W Mongolii obrządek pogrzebowy łączy w sobie elementy szamanizmu i buddyzmu. Ciało zmarłego wynosi się na cmentarz, układa głową na północ, po zdjęciu ubrania, naciera się zmarłego tłuszczem, który ma przyciągnąć dzikie zwierzęta. Można przypuszczać, że im szybciej ciało zostanie zjedzone, tym lepszym człowiekiem zmarły był za życia. Mongołowie wierzą w reinkarnację. Uznaję się też tzw. okres przejściowy – zanim dusza znów się odrodzi, błąka się, nie odróżnia dobra od zła i czasem szkodzi ludziom.

      Mongołowie udają się na cmentarz, kiedy odbywa się pogrzeb i po 49 dniach od momentu śmierci bliskiej osoby. Opuszczając groby bliskich, należy się oczyścić – np. zapalając zapałkę, ogień ma właściwości oczyszczające lub obmyć ręce.

      Wierzenia zachodnie powoli docierają do Mongolii. Często razem z misjonarzami, którzy przybywają na step, głównie z Ameryki. Mongołowie utożsamiają często chrześcijaństwo z zachodnim stylem życia i dobrobytem, dlatego może wydawać się im tak atrakcyjne. Mówi się, że obecnie jest już ok. 2 proc. społeczeństwa wyznaje chrześcijaństwo (głównie protestantyzm). Znaleźć można także cmentarze, gdzie zmarłych chowa się na sposób europejski jak w Altan Olgii na wschód od Ułan Bator. "

      Wiadomości z internetu czy kierowca opowiedział na migi.

  3. Aneta dodano 3 lata temu

    Zapraszam na stronę www.skarus.pl – tam również obfite galerie zdjęć z podróży.

Dodaj komentarz

Zamieszczając komentarz akceptujesz regulamin dodawania komentarzy.